Przypadkowo wybrana strona książki:
(Przepraszamy za błędy typograficzne
spowodowane złym stanem egzemplarza)
Rosjanin, jak się okazało, przez cały czas stawiał kreski ołówkiem na ścianie. Przekreślił teraz rząd znaczków.
— Da, tri tysiaczi siemsot kilogramm — wysylabizował notując cyfrę na odwrocie zlecenia. — Na? — skinął na Stanisławskiego — podawaj sledujuszczij nomier! Awtomobil!
Tu znowu musiał interweniować Broda i zrobił to nieźle. Na zakończenie przyjacielskiej konwersacji podszedł do szoferki i wrócił stamtąd z namacalnym dowodem wdzięczności — butelką wiśniaku pod pazuchą. Rosjanin śmiejąc się przyjął dar i sprawdziwszy korek władował ją w najbliższą stertę, miedzy worki jak pocisk armatni w komorę. Potem zaklął, kiwając głową niby zdziwiony, że tak się daje nabierać: — Et wy... Polaki... Polaki...
— Możemy jechać, panie dyrektorze — powiedział Broda. — Trzeba jednak będzie od pana pełnomocnika pożyczyć jeszcze jakiś wóz. Oni tu samochodów nie mają.
Stanisławskł wsiadł do szoferki tym razem sam. Broda postanowił jechać z Niemcami na ładunku. Usadowił się tam, na samym szczycie, jak kokosz, z karabinem na kolanach.
Jadąc z powrotem do fabryki Stanisławski zdjął kapelusz, starł pot z czoła i z satysfakcją rozpoznał w głosie motoru i chybota-niach się auta ciężar ładunku. Czuł za sobą za plecami, te trzy tony, które siadły ciężko w skrzyni i gniotły resory. Hans prowadził wóz ostrożnie, omijając głębsze wyboje. — No, stało się... — stwierdził Stanisławski z lekkim podnieceniem. — Cukier jest. Jutro zacznę gotować. Jeszcze dziś będzie można sparzyć i przetrzeć pierwszą partię suszu.
Jazda przez zburzone miasto dłużyła się niemiłosiernie. Szofer jechał powoli, klucząc i wybierając mniej zniszczone ulice. Stanisławski obojętnie mijał wzrokiem ruiny i ludzi. Tylko przejeżdżając koło gmachu pełnomocnika spojrzał w okna. W chwilę potem, już na prostej ulicy dojazdowej, drgnął, gdy nad dachami po lewej, nad widocznym już stąd białym kominem fabryki, dostrzegł wiotki, ale wyraźnie wijący się welon dymu. Zabiło mu czegoś serce i spuścił wzrok. Palą... Samochód ciężko wtoczył się w otworzoną przez Malika bramę i stanął przed magazynem. Z głębi podwórza nadchodził kasjer Baliński z jakimiś papierami pod pachą. Zbliżył się i przywitał, coś zaczął mówić z uśmiechem, że „ho, ho. widzi pierwszy transport cukru, że to wspaniałe..." Ale Stanisławski nie odpowiedział. Pod szarym niebem gdzieś w głębi fabrycznych zabudowań łowił uchem słaby jeszcze, ale już wyraźny puls: w konden-
Strona: 92. Podobała ci się?
Twoje komentarze i uwagi:
Poniżej możesz także wybrać przypadkową stronę,
ale z określonej kategorii.
Uwaga: wybór, dokonany przez komputer, może nie być dokładnie tym,
czego szukasz. Spróbujmy. Jaka kategoria cię interesuje?